Reklama

Ci tu i tamci tam

Wtorek, 11 Sierpień 2009

Bez względu na to, gdzie dziś mieszkają, wszyscy zgodnie twierdzą, że decyzja o wyjeździe lub pozostaniu w Polsce była jedną z trudniejszych, jakie przyszło im dotąd w życiu podjąć. Długo się zastanawiali, ale w końcu musieli wybrać. Wystarczy kilka kliknięć komputerową myszką, żeby odwiedzić bijący obecnie rekordy popularności internetowy portal nasza-klasa. Trudno dziś o lepsze źródło informacji o losach naszych długo niewidzianych kolegów. Zajrzałem tam i dowiedziałem się, jak wielu moich dawnych kompanów ze szkolnej ławy i podwórka przebywa obecnie za granicą. Nietrudno się domyślić, że większość z nich „zakotwiczyła” na Wyspach, choć znalazłem także i bardziej egzotyczne miejsca. Ale bez obaw - namierzyłem i takich, którzy zostali nad Wisłą.

Złapałem więc za telefon i w pierwszej kolejności obdzwoniłem większość znanych mi emigrantów. Z innymi znajomymi spotkałem się w Polsce, by w przyjacielskiej atmosferze namówić ich na kilka szczerych zwierzeń.

- Trzy dychy na karku, a my wciąż bez konkretnego pomysłu na życie. Zwykła, szara egzystencja z dnia na dzień. Może czas w końcu zastanowić się, co dalej? Średnia polska pensyjka i kredyt mieszkaniowy z ratami do końca życia, czy może parę lat w Anglii i jakiś mały biznes po powrocie do kraju? - wspominają swoje dylematy Jurek i Anna, którzy koniec końców zdecydowali się pozostać w Polsce.

Inaczej postanowili: Marysia, Wojtek, Paweł i Łukasz mieszkający na Wyspach Brytyjskich. Od początku swego dorosłego życia w rodzinnym kraju nie widzieli dla siebie żadnych perspektyw, toteż swoją jedyną szansę upatrywali w wyjeździe za granicę. Irlandia, Anglia i Szkocja - na te kraje padł ich wybór. Jak przyznają - świadomy i poddany racjonalnej analizie. Są na emigracji od miesięcy, a nawet jak w przypadku Marysi i Wojtka, kilka lat. O takich jak oni rodzimi internauci piszą zazwyczaj w podobnym tonie: „W Polsce nie osiągnęli nic, dlatego myją gary w Anglii i podcierają angielskie tyłki. Od kiedy ci nieudacznicy stąd wyjechali, żyje się tu całkiem nieźle. Przede wszystkim chamstwa w dresach już nie ma i aż miło wyjść na ulicę. Robota jest i to dużo lepsza, nawet po kilka kawałków za miesiąc. Ja zarabiam ponad trzy tysiące i nie zamierzam stąd wyjeżdżać. Co tu więcej chcieć? Żyć, nie umierać. A wy tam siedźcie i poniżajcie się za te kilka funtów. Nigdy tu nie wracajcie. Nie ma tu dla was już miejsca!” - napisał jakiś czas temu „życzliwy” forumowicz.
Przebywający na emigracji nie pozostają dłużni i równie wymownie ripostują: „Wolę tu zasuwać, ale przynajmniej wiem za co. Nikt się tu nie poniża, za to upokarzani byliśmy w Polsce odbierając co miesiąc żenujące wypłaty. Chyba się domyślasz, gdzie mam taki kraj, który najpierw zapewnia mi edukację, a potem nie jest w stanie zaproponować mi godziwej pracy. Od mojego wyjazdu nic się tam nie zmieniło. A ten wasz polski entuzjazm właśnie widziałem ostatnio na urlopie. Rozpromienione, radosne oblicza rodaków zarabiających fortunę. Już na twarzach macie wypisany ten dobrobyt. Każdy ma minę jakby chciał ci dać w mordę. Kłopoty, zmartwienia i wegetacja od pierwszego do pierwszego. To na co dzień, a na święta telewizor na raty i zakupy na kredyt w drogim sklepie. A potem to już standard - Biedronka i CCC. Trzeba być frajerem, żeby nie chcieć tego zmienić!”

Litry jadu wylewane z obu stron muszą mieć gdzieś swoje źródło, toteż warto zastanowić się, co tak naprawdę myślimy o swoich wyborach i o sobie samych. Zweryfikować nasze sądy i opinie.
Czy Polacy, którzy wyemigrowali z kraju podjęli słuszną decyzję? Czy rzeczywiście są to nieudacznicy? Czy ci z nas, którzy pozostali w Polsce czują się spełnieni? Czy „irlandzki cud” premiera Tuska już staje się ich udziałem, a może przyjdzie im nań jeszcze długo poczekać? To pytania, które zadałem moim rozmówcom. Ludziom mniej więcej w tym samym wieku, lecz poprzez swoje życiowe decyzje podzielonym na tych tu w UK i tych tam, w Polsce.
Paweł jest pierwszym z „podzielonych”. Pamiętam go dobrze, bo zawsze miał jakieś życiowe plany i ambicje. Wyjechał z Polski w październiku ubiegłego roku. Dwie niewielkie walizki i głowa pełna pomysłów, to bagaż, z jakim znalazł się w angielskim Peterborough. Jak dziś żyje i czy nie żałuje swojej decyzji? O tym za chwilę. Jednak by dobrze zrozumieć jego wybór, cofnijmy się trochę w czasie.
- Pochodzę z małej miejscowości na Lubelszczyźnie. Z wykształcenia jestem informatykiem. Po studiach, tak jak wielu moich kolegów, wyjechałem do Warszawy. Wiadomo, miasto duże i perspektywy o wiele większe. To była moja pierwsza poważna decyzja w życiu. Przez pierwsze trzy lata pracowałem dla kogoś. Zwykle były to małe firmy świadczące szeroko rozumiane usługi informatyczne. Dało radę wyżyć, ale w pewnym momencie pomyślałem, że wynajmowana kawalerka, słabo płatna i na dłuższą metę nierozwojowa praca, to stanowczo za mało. Chciałem iść ambitnie do przodu, dlatego przebiłem się przez urzędową biurokrację i otworzyłem własną działalność gospodarczą. Serwis komputerowy z prawdziwego zdarzenia. Zaczynałem bardzo standardowo. Strona w internecie, kilku stałych klientów i trochę przydatnych kontaktów branżowych - wspomina Paweł. - Ale nie to było wtedy najważniejsze - ciągnie dalej. - Wreszcie sam byłem sobie sterem, żeglarzem i okrętem. O tym marzyłem od zawsze. Szybko spadłem jednak na ziemię i zrozumiałem, że nie jest tak kolorowo. Co zarobiłem przez okres świąteczny, to wydałem przez kilka kolejnych miesięcy, w których nie zaglądał do mnie nawet pies z kulawą nogą. Próbowałem więc dalej. Mam głowę na karku, na pewno coś wymyślę. Nie poddawałem się. Zmieniałem branże dwukrotnie. Najpierw kiosk z gazetami, potem budka z kebabami. Miotałem się tak jeszcze jakiś czas, ale to już były kompletne pomyłki. Pieniądze słabe jak na stołeczne warunki, a zajęcia zupełnie „od czapy”. Nie myślałem więc długo, wziąłem pożyczkę i wyjechałem z kraju.” - opowiada Paweł.

Choć wpisywanie danych w fabrycznym biurze nie jest spełnieniem jego marzeń, to decyzję o wyjeździe zdecydowanie zapisuje sobie na plus. Pytany o to, czy jest w Anglii szczęśliwy, odpowiada: - Jestem tu dopiero kilka miesięcy, ale już odczułem zdecydowaną poprawę. Standard życia tutaj jest naprawdę nieporównywalny z polskim i możliwości, z tego co zauważyłem, dużo większe. Na razie planuję przeprowadzkę do samodzielnego mieszkania, a potem ruszę z własnym interesem. Mam świetny pomysł i jestem przekonany, że wcześniej czy później będę pracował w zawodzie i żył z tego bardzo wygodnie. Swojej decyzji nie żałuję i tej wersji będę się trzymał - dodaje z wyraźnym zadowoleniem.
- To dobrze, że ma swoje plany i jakieś cele. Oby mu się udało. Obawiam się jednak, że będzie inaczej. Znam kilkanaście osób, z których każda wyjeżdżając deklarowała swoje ambicje. Ale życie na emigracji weryfikuje wszystko. Nagle okazuje się, że jesteś tam już parę lat i poza robotą w knajpie, magazynie czy nawet w jakimś biurze, nie robisz nic. Szkołę i pracę nad językiem odkładasz na jutro, zaś innego, lepszego zajęcia nie szukasz. Wracasz po całym dniu tyrania, włączasz film i idziesz spać. Lata mijają i ambicje pozostają już tylko wspomnieniem. Wiem, że komuś coś się tam udało. Jakaś Polka robi karierę w londyńskim City. Ktoś tam siedzi za biurkiem menedżera w restauracji. To się zgadza, ale to tylko pojedyncze historie z prasy. Rzeczywistość jest trochę inna. Młodzi, dotychczas ambitni i przebojowi Polacy w UK spoczywają na laurach. Po jakimś czasie nieważna staje się praca, tylko pieniądze, jakie za nią mają. To moim zdaniem jest prawdziwy problem ludzi, którzy wyjechali - mówi Jurek, grafik komputerowy z Lublina.

Spotkaliśmy się u niego, w naszym rodzinnym Kozim Grodzie. Już w progu mocno ściska mi rękę i mówi: - Nie ma to jak spotkać się w kraju, co? - Oj, tak - odpowiadam odwzajemniając uścisk dłoni. Za kilka chwil pochłonięci jesteśmy już rozmową. Jurek mówi dużo i jest uśmiechnięty, ale gdy poznałem go w Anglii, był zupełnie innym człowiekiem. Wtedy często mówił „to wszystko bez sensu”, lecz dziś te słowa zniknęły z jego słownika. Od kilkunastu miesięcy jest szczęśliwym ojcem i przyszłym mężem, a oprócz tego zadowolonym z powrotu do Polski ex-emigrantem.
- Nie wróciłbym do Anglii, bo znalazłem już swoje miejsce. Mało tego, tak naprawdę to żałuję, że w ogóle wyjeżdżałem z Polski. Na początku plan był taki: wyjechać, odłożyć parę groszy i ściągnąć do siebie dziewczynę. Po półrocznym pobycie w Northampton stwierdziłem, że to wszystko bez sensu. Fizyczne praca w magazynie za sto osiemdziesiąt funtów tygodniowo i użeranie się z agencjami pracy. Co zarobiłem, to poszło na jedzenie, mieszkanie i tytoń. Tydzień bez pracy i już kłopoty finansowe. To była jedna wielka pomyłka. Poradziłem się więc dobrego kumpla co robić. Parę piwek na pożegnanie, bilet w jedną stronę i jestem. To była cała moja Anglia. Po angielskich wojażach wyszedłem na zero, a żeby było śmieszniej, wracałem za pożyczone pieniądze, bo nie dostałem wtedy jeszcze mojej ostatniej tygodniówki. Jeszcze raz ci powiem, nie żałuję swojej decyzji. Nawet jeśli miałbym możliwość pracy w UK za większe pieniądze, to nie zrezygnuję z tego, co mam tu. Pieniądze nie są najważniejsze, przynajmniej dla nas. I choć zarabiamy we dwójkę z Anią około trzy tysiące złotych, to nie narzekamy i raczej nam to wystarcza. A jeśli nie, to zawsze jest możliwość coś dorobić. Po prostu maluję dla klienta jakąś chałturę i druga pensja wpada. Wierz mi lub nie, tu w Polsce też żyją ludzie i jak widzisz, radzą sobie. Najważniejsze to zrozumieć co dla ciebie i twojej rodziny będzie najlepsze. Ja wiem. Po pierwsze, nie po to skończyłem studia artystyczne, żeby sklejać pudełka w angielskim magazynie, choćbym miał za to dostawać Bóg wie ile. Po drugie, szanse, by coś zawodowo osiągnąć oboje z moją dziewczyną widzimy tu na miejscu, w Polsce, gdzie oboje pracujemy w swoich wyuczonych zawodach. Po trzecie, za nic w świecie nie chcielibyśmy wychowywać swojej córki w Anglii, chociażby ze względu na tamtejszy zatrważający wręcz poziom państwowej edukacji - kończy swoją argumentację Jurek.

Zdecydowanego wyboru coraz częściej zazdroszczą Jurkowi Marysia i Wojtek. Młodzi, wykształceni i coraz bardziej zdeterminowani, by coś w swoim życiu zmienić.
W Irlandii są już trzeci rok. Wyjechali jak wszyscy - w poszukiwaniu lepszego życia. Dziś nie są zupełnie pewni, czy w Dublinie rzeczywiście je odnaleźli. Oboje raczej skryci i małomówni, dlatego też długo namawiałem ich na szczerą rozmowę. W końcu poświęcili mi chwilę czasu i opowiedzieli o swoich rozterkach.


- Nie, nie czujemy się nieudacznikami ani też nie jesteśmy chamami w dresach. Bolą nas te opinie bardzo, gdyż są cholernie niesprawiedliwe. Oboje skończyliśmy studia i naprawdę próbowaliśmy znaleźć jakąś przyzwoitą pracę w Polsce. Szukaliśmy w swoich zawodach, ale znalezienie czegoś graniczyło wręcz z cudem. Wojtek obszedł niemal wszystkie szkoły w mieście, ale wszędzie słyszał to samo: „Nie mamy w tej chwili wolnego etatu dla historyka. Proszę spróbować w przyszłym roku”. Ja zdarłam buty w poszukiwaniu stażu dla psychologa i też nic to nie dało. Czuliśmy się coraz bardziej sfrustrowani. Niemal każdego dnia zastanawialiśmy się co dalej. Byliśmy młodym małżeństwem i nie mieliśmy żadnych perspektyw. Owszem, mogłam usiąść na kasie w Biedronce, a Wojtek mógł pracować w myjni samochodowej, ale jeśli już zasuwać fizycznie, to za godziwe pieniądze. Po długich dyskusjach i wojnach na argumenty Wojtek w końcu zgodził się na wyjazd za granicę, przed którym dotąd bardzo się wzbraniał. Przeszliśmy tu, w Dublinie, naprawdę wiele trudnych chwil. Dziś mamy stałą, całkiem niezłą pracę i zarabiamy bardzo przyzwoite pieniądze, ale wciąż nie czujemy się spełnieni. Owszem, stać nas naprawdę na wiele i z tego się cieszymy, ale z drugiej strony tracimy coś o wiele bardziej dla nas cennego - kontakt z wyuczonym zawodem. Oboje jesteśmy przed trzydziestką, a oprócz praktyk studenckich w swoich profesjach nie mamy żadnego doświadczenia. Jeżeli nawet chcielibyśmy wrócić do Polski, to i tak nie znajdziemy tam zajęcia w swoim fachu”- powiedziała mi Marysia i oddała słuchawkę mężowi, który z typowym dla siebie spokojem dodał: - Moim zdaniem nadszedł czas na kolejną trudną decyzję. Po tych trzech latach na emigracji musimy w końcu odpowiedzieć sobie na najtrudniejsze pytanie. Zostajemy tu, czy wracamy do Polski? Dosyć już tego „pożyjemy - zobaczymy”. Myślę, że oboje zdecydujemy się na Dublin, co doradzają nam też nasi rodzice. A jeśli tak, to na pewno musimy się dokształcić. Ja pójdę do szkoły językowej, a żona na uniwerek. Inaczej nic więcej nie zdziałamy i cały czas będziemy mieć poczucie, że zrezygnowaliśmy z naszych ambicji i poprzestaliśmy tylko na pieniądzach. W powrót do kraju raczej wątpię a tym wszystkim rewelacjom o zmniejszającym się bezrobociu w Polsce, wyższych zarobkach i masowych powrotach z emigracji po prostu nie dowierzam.”

Równie sceptyczny był mój kolejny rozmówca - Łukasz, którego po raz ostatni widziałem dwa lata temu na londyńskim dworcu Victoria, gdzie wymieniliśmy się numerami telefonów.
- Najpierw Wałęsa budował nam drugą Japonię, a teraz Tusk obiecuje nam „irlandzki cud” i świetlane perspektywy w kraju. Jak na razie cud polega na tym, że kształcimy w Polsce lekarzy i pozwalamy wyjechać im do Irlandii (śmiech). Zajrzyj na posty pod huraoptymistycznymi artykułami w internecie, chociażby w naszej lokalnej prasie. Zaraz się przekonasz, kto w nie wierzy - mówi chłopak, który od dwóch lat mieszka w Szkocji i jak jasno zadeklarował podczas rozmowy, nie zamierza wracać do Polski.
Zaparzyłem więc sobie „małą czarną”, włączyłem komputer i jak radził mi dawny kolega, oddałem się uważnej lekturze. Niemal wszędzie - począwszy od wielkich portali internetowych, poprzez prasę krajową, a skończywszy na tej polonijnej - znalazłem artykuły opisujące poprawę sytuacji w kraju i co za tym idzie, masowe powroty polskich imigrantów. Postanowiłem sprawdzić, co na ten temat myślą sami zainteresowani, czyli wszyscy ci, którzy żyją za granicą.

Zdecydowana większość dyskutantów niedowierza prasowym doniesieniom i nie zamierza wracać. Wśród niektórych komentarzy nie znalazłem nawet jednego pozytywnego postu, jak stało się w przypadku reportażu o wymownym tytule „Żegnaj, Anglio!, Witaj, Polsko!”, który ukazał się w znanym mi z rodzinnego miasta „Kurierze Lubelskim”.

„Skoro autor tego artykułu tak płodnie tworzy o powrotach, to proszę go niech równie dużo powie, w jakim celu wracać do Lublina? Do czego? Oboje jesteśmy w Irlandii. W Lublinie pracowaliśmy po restauracjach. Kamil jako kucharz, ja jako kelnerka. Miesięcznie oboje mieliśmy 2 tys. złotych i to jak dobrze poszło, bo czasami szef nie płacił tyle ile wypracowaliśmy. Tutaj miesiąc w miesiąc, po odjęciu wszelkich kosztów utrzymania, odkładamy razem 2,5 tys. euro. NIE WRACAMY” - napisali Kamil i Magda.

Jak się okazuje, młodzi Polacy nie tylko nie chcą wracać, ale planują także kolejne wyjazdy. Młoda dziewczyn,a kryjąca się pod pseudonimem Ćma 23, na forum Onet.pl pisze:
„Jestem na V roku studiów dziennych państwowej uczelni. Znam dwa języki obce, odbyłam liczne praktyki i kursy i gdy teraz szukam pracy, okazuje się, że pracodawca wymaga od studenta lub prawie absolwenta trzech lat doświadczenia na podobnym stanowisku. Codziennie śledzę oferty pracy i jestem załamana. Chyba trzeba uciekać do Warszawy, a jak to nie pomoże, to robię kurs operatora wózka widłowego i spadam do UK. Co mam zrobić, żeby znaleźć wymarzoną pracę?”
„Nie rozumiem was wszystkich - naprawdę. Chcielibyście kończyć szkoły i mieć w Polsce zaraz na początku najwyższe stawki. Ja też zaczynałem od kiepskich pieniędzy i mimo wszystko zostałem w kraju. Jeżeli masz głowę na karku, to i tu możesz dobrze zarobić. I nie trzeba do tego żadnych studiów i renomowanych szkół. Z tego co zauważyłem, uczą tam tylko bezradności i zaufania do papierka. Prawdziwe życie to przede wszystkim spryt i chęci, nie zaś akademickie teorie. Jeśli jesteś nieudacznikiem, to i w Anglii się nie dorobisz. Ja mam tylko średnie i od kilku tygodni jestem kierownikiem sali w dobrej restauracji. Zarabiam bardzo dobrze i całą tę emigrację mam gdzieś.” - stwierdził Jacek, mieszkający od kilku lat w Warszawie.
- To wszystko bardzo smutne i nie wróży dobrze na przyszłość. Żal mi was młodych, którzy zmuszeni jesteście wyjeżdżać z Polski. Wiem, że w wielu przypadkach jest to emigracja nie z wyboru, zaś z konieczności. To naprawdę nie jest tak, że wszyscy nagle chcecie więcej. Marzy wam się jeszcze lepszy samochód, ładniejszy dom. Nie, wam zależy tylko na godnym życiu. Ja to rozumiem i dla mnie emigracja nie jest oznaką słabości. Wręcz przeciwnie. Uważam, że to duża życiowa zaradność radzić sobie w trudnych sytuacjach. Ale z tego co mówisz, nie dla wszystkich to takie jasne - powiedziała moja nauczycielka polskiego, którą spotkałem w osiedlowym sklepie podczas urlopu w Polsce.
- Trzymaj się i pamiętaj, że nie ważne gdzie wszyscy jesteście - tu w Polsce, czy za granicą. Ważne, żebyście byli szczęśliwi i szanowali swoje decyzje - dodała podając mi rękę na pożegnanie.

Imiona bohaterów zostały zmienione.



logonowyczas.gif  

Komentarze
Pogoda w Irlandi
Notowania walut
MIR E-wydanie
reklama
Najnowsze ogłoszenia
-30% Przeprowadzki & TRANSPORT

-30% Przeprowadzki & TRANSPORT

698722915
DTD-Kurier IrlandiaPolska

DTD-Kurier IrlandiaPolska

00353851105192
Cała Irlandia i Polska
19.00
Wolswagen Bora

Wolswagen Bora

0892204937
Dublin 15
550.00
Przyczepka samochodowa 200x106

Przyczepka samochodowa 200x106

221002047
Ul. Kuźnicza 6-8
1 799.00