Reklama

Dokąd zmierza Ballybricken Clinic

Niedziela, 11 Październik 2009

32 Ballybricken Green, ten adres zna chyba większość Polaków mieszkających w rejonie Waterford oraz w bliższych lub dalszych okolicach. To właśnie tutaj mieści się pierwsza polska przychodnia w mieście, to właśnie tutaj wielu Polaków przychodziło po porady, często nie tylko medyczne. Właśnie, "przychodziło". Zmiany jakie następują w przychodni Ballybricken Clinic coraz bardziej zniechęcają pacjentów do wizyt w tym miejscu, nawet jeśli jest to jedyna polska przychodnia, która honoruje Medical Card. Zmiany te powodują też, że określenie "polska" coraz mniej pasuje do przychodni na Ballybricken.

Początki były bardzo obiecujące. Ponad rok temu psycholog Zbigniew Michalkiewicz otworzył przychodnię, w której od początku przyjmowali polscy lekarze: pediatra, dentystka, ginekolog. Miejsce szybko uzyskało sporą renomę wśród Polaków i z czasem stało się jednym z ośrodków polskiej społeczności. Można było tutaj otrzymać nie tylko poradę medyczną, ale też wskazówki dotyczące przepisów i zasad obowiązujących w Irlandii. Dodatkowo to właśnie do lokalu przy placu Ballybricken została przeniesiona Biblioteka Parafialna, tutaj spotykały się grupy wsparcia AA i DDA, tutaj też organizowano spotkania oazowe dla dzieci, właściciel udostępnił jedno z pomieszczeń na lekcje angielskiego. Można śmiało powiedzieć, że przez długi okres przychodnia wręcz tętniła życiem.

ZbyszekKiedy w Ballybricken Clinic zaczęto honorować Medical Card ilość polskich pacjentów wzrosła jeszcze bardziej. Szczególnie rodziny chwaliły sobie profesjonalną obsługę i fachową opiekę medyczną, a wielu pacjentów podkreślało, że to właśnie lekarka pracująca w polskiej przychodni w końcu postawiła prawidłową diagnozę i zaproponowała skuteczne leczenie.

Taka sytuacja nie trwała jednak długo. Jak dowiedzieliśmy się od pracowników, już pół roku temu w przychodni zaczęły dziać się niepokojące rzeczy. Właściciel przestał płacić pełne pensje, nie wywiązywał się z umów, a na pytania o zwrot zaległych wypłat odpowiadał wymijająco lub nie odpowiadał wcale. Często tłumaczył się trudnościami finansowymi, opóźnieniami w ściąganiu płatności, zaniżaniem opłat przez partnerów biznesowych czy urzędy.

Sytuacja ta doprowadziła do nawarstwienia się niewypłaconych pensji, które w chwili obecnej sięgają już w sumie kilku tysięcy euro. Zaległości w wypłacaniu pensji były bezpośrednią przyczyną odejścia z Ballybricken Clinic pan doktor Jolanty Składowskiej. W wyniku jej decyzji polska przychodnia pozostała bez polskiego lekarza, co zniechęciło wielu Polaków do wizyt. "Gdzie jest pani Jola? Co się stało z naszą panią doktor? Kiedy pani doktor Jola wróci z wakacji?", takie pytania zadawali pacjenci zaskoczeni nagłym odejściem polskiej lekarki z przychodni.

Pracownicy nie są jedynym wierzycielami właściciela Ballybricken Clinic. Z naszych informacji wynika, że zalega z płatnościami za różne usługi i prace wykonywane na rzecz przychodni. Piotr, który przez pewien czas pracował w recepcji oraz zajmował się obsługą strony internetowej, twierdzi, że lista dłużników to około 20 osób, a zaległości finansowe mogą sięgać kilkudziesięciu tysięcy euro. Liczby te stają się jeszcze bardziej znaczące, kiedy zrozumiemy, że każda pozycja na tej liście to indywidualny przypadek konkretnego człowieka. "Jak tak można? Nie płaci, nie przychodzi na umówione spotkania, nie odbiera telefonów. Myślałam, że jak ktoś jest dorosły to można z nim rozmawiać jak z dorosłym, a nie jak z dzieckiem. Mam tego już naprawdę dosyć," mówi jedna z lekarek z przychodni.

Ludzie, którzy zaufali Zbigniewowi Michalkiewiczowi często teraz nie mogą doprosić się o pieniądze za wykonaną pracę, za czas poświęcony przychodni. Wielu z nich zaznacza, że najbardziej boli już nawet nie sam rosnący dług, ale fakt, że właściciel nic nie robi sobie z coraz większych roszczeń. Często zbywa osoby domagające się swoich pensji, nie przychodzi na umówione spotkania, nie odbiera telefonów, a przyciśnięty do muru mówi otwarcie, że nie odda żadnych pieniędzy. Jednocześnie potrafi otwarcie chwalić się swoimi wyjazdami i wycieczkami. Nie żałował również pieniędzy na odnowienie przychodni, zmianę wizerunku i całostronicową reklamę w bezpłatnym tygodniku Waterford Today.

Wierzyciele mówią wprost, że boją się, że Zbigniew Michalkiewicz może uciec nie wywiązując się ze swoich zobowiązań. Jedna z osób pracujących w przychodni pragnąca zachować anonimowość powiedziała: "Właściwie nie wiem, co robić. Bardzo się boję, że nie odbiorę od niego ani grosza. On ma bilety na wakacje, chyba do Portugalii. Zabierze cały utarg i wyjedzie. Boję się, że zniknie i nie wróci."

Kłopoty finansowe i zaległości w płatnościach to tylko jedna strona medalu. Drugą jest sposób traktowania pacjentów, którzy mimo wszystko wciąż pojawiają się w Ballybricken Clinic. Wielu z nich skarży się, że od pewnego czasu czuje bardziej jak petenci w urzędzie niż pacjenci w przychodni.

"Od kiedy odeszła pani Jola i pojawiła się nowa lekarka, Litwinka, umówienie się na wizytę graniczy z cudem. Przyjmuje tylko w czwartki, a kiedy dzwonię w poniedziałek, już często nie ma miejsc. Co to za przychodnia, gdzie nie ma lekarza na stałe," mówi ...... matka dwójki dzieci, stała pacjentka Ballybricken Clinic.

"Już chyba więcej tam nie pójdę. Chyba wrócę do swojego irlandzkiego lekarza. Nie dość, że trudno się dogadać z panią doktor, to jeszcze ciągle trzeba płacić za wszystkie druki, pieczątki i skierowania," dodaje Rysiek, który korzystał z usług przychodni od samego początku jej istnienia.

Ballybricken ClinicFakt pojawienia się opłat za wydanie najdrobniejszych skierowań czy za podstemplowanie każdego druku potwierdza Magda, matka dwójki dzieci. "Byłam w gabinecie dosłownie 5 minut, weszłam tylko po stempel na potwierdzeniu choroby dla córki. Pani doktor nawet jej nie widziała, nie mówiąc o badaniu. Przy wychodzeniu usłyszałam, że mam zapłacić E50 za wizytę. Kiedy zaprotestowałam, Zbyszek zaczął na mnie krzyczeć, stał się arogancki i bardzo nieprzyjemny. Boli mnie to tym bardziej, że znam go osobiście i do tej pory nie było takich sytuacji."

Takie opinie można mnożyć. Wielu pacjentów postanowiło odejść z Ballybricken Clinic, przenosząc się do lekarzy irlandzkich. Zgodnie twierdzą, że sposób podejścia do ludzi zmienił się diametralnie w ostatnim okresie, że stali się klientami i że mają wrażenie, że w przychodni nie chodzi już o leczenie ludzi, a o zarabianie na nich wszelkimi sposobami. Większość nie zdaje sobie sprawy z kłopotów finansowych, ale ci, którzy o nich wiedzą, zgadzają się, że z takim podejściem właściciel wkrótce będzie musiał szukać nowego zajęcia.

Przykro, że potencjał tego miejsca został zmarnowany, że przychodnia, która miała szansę stać się jednym z głównych ośrodków skupiających polską społeczność w Waterford, roztrwoniła swoje atuty. Przykro tym bardziej, że Zbyszek Michalkiewicz miał w mieście wielu przyjaciół, gotowych pomóc mu w trudnej sytuacji. Także ten potencjał został zmarnowany, a w tej chwili osoby gotowe współpracować z właścicielem Ballybricken Clinic można chyba policzyć na placach jednej ręki.

Mimo próśb ze strony redakcji WaterPOLa do chwili opublikowania artykułu Zbigniew Michalkiewicz nie skomentował ani w żaden sposób nie odniósł się do zarzutów. Od dłuższego czasu nie odpowiada na maile ani nie odbiera telefonów, a w niedzielę umówił się na spotkanie, na którym się nie pojawił.

warterpolki.jpg

Komentarze
Pogoda w Irlandi
Notowania walut
MIR E-wydanie
reklama
Najnowsze ogłoszenia
-30% Przeprowadzki & TRANSPORT

-30% Przeprowadzki & TRANSPORT

698722915
DTD-Kurier IrlandiaPolska

DTD-Kurier IrlandiaPolska

00353851105192
Cała Irlandia i Polska
19.00
Wolswagen Bora

Wolswagen Bora

0892204937
Dublin 15
550.00
Przyczepka samochodowa 200x106

Przyczepka samochodowa 200x106

221002047
Ul. Kuźnicza 6-8
1 799.00