Reklama

A kto wyjechał, tego nie ma

Czwartek, 24 Wrzesień 2009

Polacy wyjeżdżają, opuszczają tonący okręt, powiada się. Już mam wizję drobiących po lotnisku rodaków obarczonych torbami i bagażem wszelakim... Każdy klient, każdy rozmówca pyta mnie, czy to zauważalne. Zastanawiając się nad odpowiedzią, poddaję się migawkowym przebłyskom rozmów z bliższymi i dalszymi znajomymi, z których wynika niezbicie, że taka tendencja istnieje. Wyjechali nasi sąsiedzi, bracia, kuzynostwo. Do powrotu na ojczyzny łono gotują się kolejni pociotkowie. Z tego należało by wnosić, że tendencja istnieje – słyszalna, jak najbardziej: z drugiej lub trzeciej ręki, ale czy widoczna?

Jadę na zachód – znowu na zachód, w lewo, jak niegdyś. Najpierw do Shannon, bo tam można polatać, potem do Doolin, bo tam zaczęła się moja irlandzkość. Znajomych odwiedzę, pokażę mojemu najlepszemu Irlandię, jakiej nie zna.

Monotonia drogi krajowej z Dublina do Limerick przerwana zaledwie kilkoma rondami, z których większości jeszcze nie widziałam. Najbliższa kawa w McDonald’s na obrzeżach jednego z większych miast na tej trasie. Obsługa – Polki. Kolejny przystanek  i kolejna kawa – Shannon, jakiś lokalny O’Brien’s: obsługa – Polki. Sprzątkaczka – Polka. Nasz cel w Shannon – świetne, choć ukryte na niedostępnym uboczu, centrum szkolenia pilotów-amatorów. Rozglądam się z niepokojem szukając Magdy, bądź Asi, na próżno. Już prawie oddycham z ulgą, sądząc, że nasycenie rodakiem jest niestuprocentowe, gdy przemiła pani opowiada nam o jakimś precedensowym przypadku robiącego prywatną licencję pilota Polaka. Diabli wiedzą dlaczego, wziąwszy pod uwagę, że jest święcie przekonana, że my sami jesteśmy Włochami. Następny przystanek – Doolin. W razie tzw. W-u nie idziemy do pubu, i spędzamy fantastyczny wieczór w towarzystwie naszych znajomych. Późnym rankiem dnia następnego wyruszamy w poszukiwaniu śniadania. Jest po 12-ej, więc szanse są marne, ale pamiętam, że ze względu na lokalne zwyczaje w Ennistymon serwowano all-day breakfast. Kafejka, która miała taki zwyczaj, już go porzuciła. W odruchu byłej autochtonki wchodzę do wioskowego sklepu zapytać, czy może wiedzą gdzie można o tej godzinie zjeść śniadanie, takie full Irish fry-up. Pani za ladą wzbudza moje podejrzenia ze względu na ilość barw na głowie. Raz kozie death, myślę, i pytam niewzruszona – czy wie gdzie by tu... itd. Pani na to, czy ja ‘chcem cuś na śniadanie kupić’ (tłumaczenie dowolne). Nie chcem, myślę sobie, i z zimną bezczelnością powiadamiam panią, że chyba nie będzie w stanie mi pomóc. Plakietka na mundurku głosi imię nie pozostawiające wątpliwości, co do narodowości w/w pani. Trudno, myślę, wobec tego pojedziemy na lunch do Lahinch. Pierwszy z brzegu pub, pierwsze z brzegu irlandzkie danie, bo to wycieczka kulturalno-oświatowa miała być, i pierwsza z brzegu kelnerka – Polka. W trakcie spożywania lunchu wysłuchaliśmy głębokiej a interesującej konwersacji około 3 polskich kelnerek, jednego barmana oraz pana, który wydawał się być odpowiedzialny za dostarczanie artykułów spożywczych do onego establishmentu. Po polsku i ze wszystkimi możliwymi ozdobnikami.


Więc kto, konkretnie, wyjechał? Jak to jest, że w tym kraju, z którego Polacy uciekają jak wyżej wspomniane szczury, nie można wejść do wioskowego sklepu, żeby nie natknąć się na ‘swojaka’?


Nasycenie rodakiem to nie ujma, ani nie rozczarowanie. Czasami jednak ponosi człowieka nerw nieokiełznany, gdy, usiłując najprostszą rzecz na świecie załatwić, napotyka opór w postaci polskich niespełnionych magistrantek. Przykład – znowu kawa, znowu firma znana z marnej jakości hamburgerów. Forma usługi: drive thru, aby użyć wersji oryginalnej. Pani odbierająca zamówienia: Joanna. Pani wydająca: Irena. Irena wydaje dwie herbaty zamiast dwóch Late. Następnie kłóci się (w miarę swoich możliwości), że to ja złożyłam takie zamówienie. Pyta, czy cukier. I owszem. Nie daje. Proszę o chusteczki, pani podaje rachunek. Prosze raz jeszcze o chusteczki i cukier. Pani obraża się jak ekspedientka z Bulhakowa. Podaje chusteczki, 10 cukrów i prawie podbija mi oko wzrokiem. Wściekła pytam panią, czy następnym razem mam mówić po polsku, żeby mnie należycie obsłużono. Nie czekając na odpowiedź odjeżdżam, nie mając siły zwrócić pani uwagi na to, że wydała mi cudzy rachunek opiewający na około 10 razy więcej niż wynosiło moje zamówienie.  Wychodzi na to, że nie tylko Polacy z Irlandii nie wyjeżdżają, ale wkrótce wszyscy będą zmuszeni nauczyć się naszego języka po to tylko, żeby się podłej kawy napić.
A może kwestia w tym, że wyjechali nie ci, co trzeba...

 

logoPEki.jpg

 

Komentarze
Pogoda w Irlandi
Notowania walut
MIR E-wydanie
reklama
Najnowsze ogłoszenia
-30% Przeprowadzki & TRANSPORT

-30% Przeprowadzki & TRANSPORT

698722915
DTD-Kurier IrlandiaPolska

DTD-Kurier IrlandiaPolska

00353851105192
Cała Irlandia i Polska
19.00
Wolswagen Bora

Wolswagen Bora

0892204937
Dublin 15
550.00
Przyczepka samochodowa 200x106

Przyczepka samochodowa 200x106

221002047
Ul. Kuźnicza 6-8
1 799.00